Marcin Pawlik
Bunt na jeziorach
il:
M.Brunier-Mestas
Kraków 2012

 

Poezja Marcina Pawlika jest poezją bezsensu. W tym wyrażeniu zamykają się dwie najistotniejsze – moim zdaniem – cechy twórczości autora Buntu na jeziorach: językowa nadwrażliwość, której pokłosiem są liczne gry, żarty i prowokacje słowne; oraz – co smutniejsze – tematyka.

Smutno, bo Pawlik jest wnikliwym obserwatorem współczesności, którą trafnie przepisuje na metafory. Nie stawia diagnoz. Konstruuje obrazy poetyckie, będące zgrabną kompilacją tego, co osobiste z tym, co powszechne. Czy może raczej – jednostkowe doświadczenie opisuje za pomocą istniejących w masowej świadomości symboli. Rezerwuarem toposów i archetypów jest u Pawlika głównie kinematografia. Jeśli w tytule cyklu pojawia się figura Chrystusa (Last Temptation of Robinson Crusoe), to jest ona zapośredniczona przez dzieło Martina Scorsese, po czym przemilczana i zastąpiona postacią słynnego rozbitka, który z kolei okazuje się być podmiotem wierszy. Podobnymi (bez)zasadami rządzi się cały świat poetycki Pawlika. O zgrozo! Naznaczony bezsensem, jest niezwykle przekonujący. Jedyne pewniki tej rzeczywistości to niepewność, chwilowość, ulotność. Tu nic nie dzieje się naprawdę i nieodwołalnie, za nic nie trzeba brać odpowiedzialności, zawsze można odpuścić i zacząć się szlajać, ale tak / przemysłowo / i miałko, na przekór etyce,  – Bo jeśliby tu zacumować na dłużej – to co?. Skąd my to znamy.

Metaforą życia jest dryfowanie, podczas którego bohaterowie Buntu na jeziorach poddają się mniej lub bardziej przyjemnym, z reguły jednak absurdalnym doświadczeniom. Na ich określenie nie wystarcza podstawowa egzystencjalna terminologia. Słowa takie jak „miłość”, „śmierć”, „życie”, „szczęście”, „strach”, utraciły swoje desygnaty. Lepsze od wyświechtanych ogólników są odniesienia filmowe, cytaty z piosenek, potoczne frazesy, „zasłyszane” wypowiedzi. Kompetencja kulturowa, świadomość tradycji, jest tym, co dręczy głos mówiący: doświadczam skurczy pamięci, konstytuuje go, a zarazem jest nieprzystająca do rzeczywistości, w której ten istnieje. Patetyczne słowa pojawiają się na zasadzie kpiny lub deprecjacji, tworzą karkołomne konstrukcje poetyckie, bez składu i ładu: Na giełdach anieli podają kursy walut, / całkiem nieśmiało je podają, a przy stole chaos obsikuje / mi buty. / Obrośnięty jedynie przez sacrum, / owo ius postscriptum, / które ośmielę się zobrazować tu jako smycz. / Wyćwiekowaną smycz. Kawalkady skojarzeń – jak powyższa – w połączeniu z licznymi synestezjami, żywą sensualnością oraz symbolicznością opisów, przywodzą na myśl poetykę wysokiego modernizmu. Trop wydaje się trafny, gdy głębiej zastanowić się nad tytułem tomiku.


Jeśli egzystencja ludzka została zobrazowana jako dryfowanie po wodnym obszarze, to figura jeziora odcina wszelkie romantyczne, bohaterskie konotacje. Jezioro – jako atrapa, namiastka morza czy oceanu – jest pozorem wolności, bezkresu, nieprzewidywalności, żywiołu. W rzeczywistości oznacza zastój, stagnację. Zbiór poetycki przekornie zatytułowany Bunt na jeziorach ewokuje raczej nastroje fin de siècle`u niż rebelii. Przewrót pozbawiony jest strategii, nie ma konkretnej przyczyny, nie wiedzie do żadnego celu. Bunt dla samego buntu. Bo taka postawa jest domeną młodości, bo poeta powinien być skonfliktowany ze światem. Bunt bez impetu i wiary w jakiekolwiek ideały. Chocholi taniec.

Pawlikowi udaje się jednak toczyć pełne zaangażowania, spektakularne boje w nieco innym wymiarze. Na terytorium języka poetyckiego aż iskrzy od starć różnorodnych pól semantycznych i słychać zgrzyt rejestrów. Autor wymaga dystansu wobec tytułu własnego tomu, sam będąc skrajnie nieufny w stosunku do skostniałych związków frazeologicznych, utartych sloganów itd. W <<Buncie na jeziorach>> plaże były pazerneposiłki wystygły, tak więc odsieczy nie będzie, myślimy o samotnych po przeburzeniu, zaliczamy kurs pierwszej przemocy, z lontem na patyku w ustach. Jesteśmy podejrzliwi wobec wszystkiego, co widzimy, słyszymy, mówimy. Wobec innych i wobec siebie, bo nasz sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości podlega tym samym mechanizmom. Zdekonstruowane językowe pewniki określają świat takim, jakim jest, zaś poprzez skojarzenie z pierwotną formą, przywołują pamięć tego, jakim być powinien. Kontrast między teorią a praktyką, między wzorem i wykonaniem może rodzić potrzebę działania, buntu. Tu i ówdzie pojawia się sprzeciw: Szlaban temu trendowi ./ Parol tej modzie. / Przemawiam, mimo że moje słowa nie są moimi słowami: // U mnie pod blokiem dziewczyny w lustrach toną, a w ostatniej z trzech części, na które dzieli się zbiór (WolumenCinema InfernoLast Temptation of Robinson Crusoe) podmiot jest państwem na wyspie i zaprowadza własny porządek. Dziesięciowierszowe zmagania puentuje jednak wyznanie: Ni śladu utopii.// Współczuję wam, moi poddani,/ współczuję wam takiego państwa.

Bunt, jeśli w ogóle jest możliwy, oznacza kontestację, a nie działanie; jest natury językowej, intelektualnej, nie zbrojnej (choć w poezji Pawlika tak wiele militarnych metafor). Opór polega na zaakceptowaniu sytuacji, w której Całą prawdę i świętą prawdę jedyną odkryłem / niedawno w przejściu podziemnym wysprajowaną / jąkającą się ręką: // «UNIEŚCIE NAS W GONDOLACH CO Z BRAKU POWODZI/ CZY ROZTOPÓW DNO SZOROWAĆ BĘDĄ» i dostosowanie/ustosunkowanie się wobec niej. Nie bez przyczyny ostatnią część zbioru stanowi współczesna robinsonada, której istotą jest i zawsze była umiejętność przystosowania się do ekstremalnych warunków i zachowanie człowieczeństwa. Robinson pióra Pawlika utknął na wysepce na środku jeziora, z której bezskutecznie stara się naprawiać świat. Nie jest mężnym krzewicielem zachodniej cywilizacji, ale – odwrotnie – jej wyrzutkiem. Rozbitkiem życiowym.

Bezbrzeżny bezsens, będący najsilniejszym doznaniem lekturowym Buntu na jeziorach, a co za tym idzie – bezradność, swojego rodzaju tragizm podszyty ironią i inteligentnym (trzymającym przy życiu) poczuciem humoru, są wiernym odwzorowaniem sytuacji współczesnych młodych. Bez moralizatorstwa, wodolejstwa, górnolotnych czy plugawych słów. Trafnie, krótko i rzeczowo. Już dawno nikt tak dobrze nie pokazał, jak bardzo wszystko źle.

Malwina Mus – POPMODERNA 9.07.2012