Sara Nowicka – GEORGES PEREC – „RZECZY”

CZŁOWIEK, KTÓRY MA – GEORGES PEREC: „RZECZY

W tym roku polskie wydawnictwa niezwykle szczodrze obdarowują czytelników zainteresowanych twórczością Georgesa Pereca. Przoduje w tym, jak od lat, krakowskie wydawnictwo LOKATOR, które w marcu wypuściło powieść „W albo wspomnienie z dzieciństwa” (recenzję można przeczytać na łamach „artPapieru”, 15 kwietnia 8 [248]/2014), w październiku swą premierę miały „Rzeczy”, a jeszcze w tym roku ukaże się monografia francuskiego pisarza autorstwa Claude’a Burgelina. Poza tym wydawnictwo Universitas opublikowało „Kondotiera” („artPapier” 1 lipca 13 [253]/2014), pierwszą skończoną powieść Pereca. Wśród tych wszystkich premier „Rzeczy”, wydane w naszym kraju po raz czwarty, w tym samym, bardzo dobrym tłumaczeniu Anny Tatarkiewicz, wydają się być pozycją najmniej atrakcyjną. Jednak, wbrew pozorom, rzeczona powieść Pereca, jak żadna inna, wymaga wręcz regularnych wznowień, po to, by móc docenić w pełni jej socjologiczny potencjał. Myśl tę rozwinę pod koniec tekstu, najpierw warto sobie przypomnieć, o czym traktuje literacki debiut tego niezwykłego twórcy.

„Rzeczy” to opowieść o parze dwudziestokilkuletnich bohaterów, którzy rzucają studia po to, by poświęcić się dorywczej pracy ankieterów. Sylvie i Jerôme są spragnieni bogactwa, wierzą, że ładniejsze mieszkanie, nowoczesny wystrój, drogie przedmioty i wyrafinowane stroje zmienią ich życie na lepsze. Młodzi spędzają czas z podobnymi sobie przyjaciółmi, chodzą do kina, dużo czytają. Z biegiem czasu zaczynają zachowywać się tak, jakby byli bogaci: zwracają uwagę na fakturę i jakość materiałów, skrupulatnie dobierają dodatki, rozpoznają smaki, zgłębiają sztukę kulinarną, godzinami oglądają wystawy pełne ekskluzywnych przedmiotów. Jednak Sylvie i Jerôme bogaci nie są, muszą liczyć się z każdym groszem, co jest przyczyną ich głębokiej frustracji. Czekają zatem na odmianę losu, szukają wypchanych portfeli lub zwycięskiego kuponu na loterię, decydują się nawet na wyjazd do Tunezji, w której mają odnaleźć szczęście. Dopiero stała praca na kierowniczym stanowisku może otworzyć im drzwi do wielkiego majątku. Pytanie, czy znajdujący się po drugiej stronie garnuszek ze złotem jest w stanie zadowolić bohaterów i zapewnić im lepsze, szczęśliwe życie.

W zbiorze „Urodziłem się. Eseje” można przeczytać, że głównym założeniem pisarskiej kariery Pereca było to, by nigdy nie napisać dwóch takich samych książek; pod względem struktury, fabuły lub stylu. Zadanie zostało zrealizowane doskonale, choć sam autor odnajduje pewne podobieństwa pomiędzy kolejnymi dziełami. Jako miłośnik klasyfikowania podzielił swoje teksty na cztery grupy, a każda z nich odpowiada na inny rodzaj pytań. Pierwsza grupa, do której Perec przyporządkował „Rzeczy”, odpowiada na pytanie „jak spoglądać na rzeczywistość?” (Perec 2012: 11), jest to zbiór socjologiczny. Druga odpowiada na zagadnienia autobiograficzne, zaś trzecia – ludyczna – jest wyrazem upodobania pisarza do przymusów, pomysłów i środków zaczerpniętych z działalności OuLiPo. Czwarta grupa dotyczy powieściopisarstwa – metod tworzenia spójnej i ciekawej opowieści.

Choć sam autor przypisał „Rzeczy” do grupy pierwszej, zaznaczył też, że w każdej z jego prac można znaleźć cechy wszystkich zbiorów. Tak jest i w tym przypadku. W „Rzeczach” można dojrzeć dużo wątków autobiograficznych. Perec, tak jak bohaterowie, był socjologiem, pracował przeprowadzając ankiety i sondaże oraz , tak jak oni, wchodził w dorosłość w latach sześćdziesiątych. Także epizod tunezyjski jest wspólny pisarzowi i fikcyjnym postaciom. Bohaterowie „Rzeczy” są stworzeni nie tylko na podobieństwo autora, ale też jego znajomych.

Sara Nowicka – JACQUES JOUET „DZIKUS” – ArtPapier.com

BIOGRAFIA NIEKONWENCJONALNA

„Dzikus” to druga przetłumaczona na język polski książka Jacquesa Joueta, członka grupy OuLiPo, który w tym roku był gościem krakowskiego Festiwalu Conrada. Ta minipowieść, wydana we Francji w 2001 roku, stawia przed czytelnikiem podobne wyzwanie, co przetłumaczony w zeszłym roku „Mój piękny autobus”. Jouet wodzi odbiorcę za nos, mieszając ze sobą prawdę i zmyślenia, zapraszając go do gry, w której językowe i literackie granice zostają wielokrotnie przekroczone. „Dzikus” to niebiograficzna biografia, pełna przesunięć i kłamstw, w której słynny francuski malarz Paul Gauguin zostaje projektantem mody, a sama forma powieści jest wielokrotnie podważana.

Francuski pisarz na kartach „Dzikusa” odwołuje się do wielu stosowanych w historii literatury sposobów na budowanie wrażenia autentyczności zapisu. Jouet nie posługuje się tymi schematami, lecz im zaprzecza, wskazując na przykład, że strony przedstawionego testamentu „nie zostały pogryzione przez myszy i odnalezione na drugim dnie sekretnej szuflady ani w pirackiej skrzyni na strychu wiejskiego dworu” (s. 5). Jouet wielokrotnie demaskuje fikcyjność „Dzikusa”, podkreślając, że ten, zachowujący znamiona realizmu, testament Paula jest od początku do końca zmyślony przez niego, tak samo jak aneksy rzucające nowe światło na postać artysty – wywiad z nim oraz list jego przyjaciela, zaadresowany do paryskiego magazynu. Jednak nawet to demaskowanie kłamstwa jest kłamstwem – życie książkowego bohatera zawiera wiele punktów wspólnych z biografią postimpresjonisty. Sam Jouet przyznaje, że opisywana przez niego historia bazuje przeze wszystkim na elementach dokumentalnych, wśród których szczególnie wyróżnia pracę Benita Danielssona pt. „Gauguin na Tahiti”. Na jednej z pierwszych stron autor zaznacza, że „ponieważ ta powieść jest prostym zmyśleniem, a to zmyślenie powieścią, wcale nie wydaje mi się czyś bezsensownym obciążyć konto autora wszelkim podobieństwem do miejsc, wrzasków, słów, gestów i osób, które nie są zmyśleniem, a jedynie echem przygodnej rzeczywistości” (s. 8). Czytelnik zostaje zaproszony do zabawy w rozpoznawanie faktów i mitów w tej inspirowanej prawdziwą biografią opowieści.

Gauguin w ujęciu Joueta nie tylko zmienia profesję. Autor posłowia, Maciej Jakubowiak, wskazuje kilka najważniejszych przesunięć i inspiracji w tej zmyślonej biografii. Książkowy Paul, podobnie jak Gauguin, służył w marynarce i pracował na giełdzie. Każdy z nich miał żonę pochodzącą z Danii, która w pewnym momencie opuściła artystę i Francję. Projektant ma sześcioro dzieci i „ani jednego mniej”, malarz miał dzieci pięcioro. Twórców łączą też egzotyczne podróże, fascynacja człowiekiem „dzikim”, związanym z naturą oraz buntowniczy charakter i nałogi. Vincent van Gogh, przyjaciel malarza, który mieszkał z nim przez krótki czas, na kartach „Dzikusa” zostaje zastąpiony Hectorem Vernierem. Postać ta kojarzy się przede wszystkim z Marcelem Duchampem. Vernier zrywa z malarstwem i umieszcza w muzeum nocnik sygnowany własnym nazwiskiem. Zaś akt zrobienia sobie na lędźwiach skrzypcowych elfów łączy go z innym awangardzistą – Man Rayem – przez przywołanie jego słynnego portretu Kiki de Montparnasse.

Jouet bawi się nie tylko biografią Gauguina, ale także samą rolą narratora powieści. Na pierwszej stronie czytamy: „pierwszy zaimek dzierżawczy tych kartek przynależy do mnie i o ile zaimek dzierżawczy może być czyjąś własnością, nie ma powodu, bym oddalał chwilę, w której zdradzę własną tożsamość, raz na zawsze, odsyłając po prostu drogą czytelniczkę do okładki książki” (s. 5). Odsyłanie do napisów zamieszczonych na okładce książki zostało też wykorzystane w „Moim pięknym autobusie”, jednak intertekstualna gra Joueta jest bardziej wielopoziomowa. W podkreśleniu przynależności zaimka dzierżawczego do autora można odnaleźć echo początkowych stron debiutanckiej minipowieści Joueta. Tam pisarz zacytował fragment „Myśli” Blaise’a Pascala, w którym filozof pisze: „Niektórzy autorowie, mówiąc o swoich dziełach, powiadają: »Moja książka, mój komentarz, moja historia« itd. Trąci to mieszczuchem, który mając jakąś tam kamieniczynę, ciągle ma pełno »u mnie« w gębie” (Jouet 2013: 6). Pisarz, który uważa, że „wszyscy są autorami jego książek” (Jakubowiak 2014: dwutygodnik.com), po raz kolejny wyśmiewa ideę „posiadania” dzieła literackiego przez autora.


czytaj dalej >>> 

Jacques Jouet dla Kultury Liberalnej

OuLiPo, czyli literacka międzynarodówka

Jacques Jouet w rozmowie z Piotrem Kieżunem

W Polsce ukazały się jego dwie krótkie powieści: „Mój piękny autobus” i „Dzikus”. Jest to jednak twórca, który zdążył wykorzystać wszystkie dostępne formy literackie. O tym, czym jest OuLiPo, do którego należy, dlaczego pisanie przypomina grę w szachy i w jaki sposób formalizm zapewnia twórczą swobodę, opowiada „Kulturze Liberalnej” Jacques Jouet.

Piotr Kieżun: Czy napisał pan już dzisiaj swoją codzienną porcję poezji?
Jacques Jouet: Jeszcze nie. Mam już jakiś pomysł, ale nie zdążyłem przelać go na papier.

Pytam o to, ponieważ wiem, że przed dwudziestoma dwoma laty postawił pan przed sobą ambitne zadanie komponowania jednego wiersza dziennie. To postanowienie nie dziwi, jeśli zwróci się uwagę na fakt, że należy pan do słynnej grupy OuLiPo (Ouvroir de littérature potentielle)*założonej przez Raymonda Queneau i François Le Lionnais, a więc przez pisarza i matematyka. Uwalniacie literaturę od przypadkowości, poddając ją tzw. przymusom. Np. Georges Perec pisze powieść bez użycia samogłoski „e” – najczęściej występującej głoski w języku francuskim. Od razu pojawia się wątpliwość, czy nie mamy tu do czynienia ze skupianiem się na środkach zamiast na celu? Czy rzeczywiście przymus pisania jednego wiersza dziennie pozwala panu wzbogacić swoje pisarstwo, czy stanowi jedynie stylistyczne ćwiczenie, niczym systematyczne ćwiczenie gry na skrzypcach?

Codzienne pisanie wiersza to raczej zobowiązanie, a nie przymus w rozumieniu OuLiPo. I nie przypomina ono bynajmniej serii ćwiczeń. W dniu, w którym zacząłem ten eksperyment, zmieniło się również moje życie. Oczywiście, nie jest żadną trudnością dotrzymać zobowiązania z punktu widzenia czystej wytwórczości. Nie poświęcam piętnastu godzin dziennie, żeby napisać wiersz dnia. Jednak ta regularność zmienia życie w takim sensie, że za każdym razem muszę wymyślić coś, nad czym mógłbym pracować, muszę znaleźć teren dla wiersza, nie tylko po to, by go stworzyć, ale również, żeby coś powiedzieć.

Nie staje się to jednak z czasem czymś mechanicznym? Kilka tysięcy napisanych przez pana wierszy to co prawda nie „Sto tysięcy miliardów wierszy” Queneau, które są iście słowotwórczą maszyną, ale przy takiej liczbie trudno nie popaść w rutynę.

Jeśli tylko zachodzi ryzyko, że moje pisanie stanie się mechaniczne, natychmiast interweniuję. Szukam innych sytuacji, zastanawiam się nad nowymi procedurami.

Przez wielu moich znajomych oulipijskie przymusy są traktowane jako językowa gra, szarada, innymi słowy – dobra zabawa. Jednocześnie uważają, że to czysty formalizm, który mało ma wspólnego z prawdziwą literaturą.

Jestem przyzwyczajony to tego rodzaju krytyki. Również we Francji. Mamy tu do czynienia z niezrozumieniem, czym są przymusy. To sposób na to, by rozszerzyć pole literackich możliwości. Zresztą nie jest to metoda pisarska, którą zaleca się wszystkim piszącym. W OuLiPo nie jesteśmy prozelitami przymusów. Mnie osobiście ich stosowanie pozwoliło na stworzenie bardzo różnych utworów, które wcale nie stanowią monolitu. A jeśli chodzi o zarzut formalizmu, to przyznaję, że jestem w stu procentach pisarzem formalistą. To dla mnie postawa zarówno estetyczna, jak i polityczna. Proszę pamiętać, że antyformalizm był na przykład argumentem stalinowskim.

czytaj więcej >>> 

XIEGARNIA.PL: Wywiad z Jacques’em Jouetem – Ula Jankowska


„Niektórzy przeciwnicy OuLiPo sądzą, że narzucamy sobie ograniczenia po to, aby utwierdzić się w przekonaniu o słuszności własnych działań, ale prawda jest taka, że nigdy nie możemy być pewni efektu” – mówi Jacques Jouet w rozmowie z Ulą Jankowską. Francuski prozaik, znany u nas dzięki „Dzikusowi” i „Mojemu pięknemu autobusowi”, opowiada między innymi o słynnej grupie literackiej OuLiPo, splocie faktu i fikcji we własnej twórczości i o tym, dlaczego nie wierzy w literaturę europejską.


Jak to możliwe, że dyscyplina daje wolność?

To paradoks. Problem wolności i braku ograniczeń przerasta nasz umysł. Kiedy narzucasz sobie ograniczenia, jesteś wolny, bo właśnie sam je na siebie nakładasz. Oczywiście nie chodzi o kwestię dominacji czy sprawę polityczną, bo tylko wtedy, gdy w grę wchodzi twój wybór, można mówić o wolności.

A czym jest dla pana dyscyplina?

Jest doświadczeniem formy literackiej, doświadczeniem czytelnika. Korzyści płynące z istnienia OuLiPo są m.in. takie, że mamy za sobą ponad półwieczną tradycję. Nie idziemy na oślep, jesteśmy grupą i dokonujemy wyborów. Oczywiście, może nam się nie powieść, możemy zainicjować projekt i po dwóch miesiącach stwierdzić, że jest on niemożliwy do zrealizowania albo że po prostu nie jest ciekawy. To ryzyko, które ponosimy. Niektórzy przeciwnicy OuLiPo sądzą, że narzucamy sobie ograniczenia po to, aby utwierdzić się w przekonaniu o słuszności własnych działań, ale prawda jest taka, że nigdy nie możemy być pewni efektu.
(więcej…)

Jarosław Czechowicz – Krytycznym Okiem – „DZIKUS” Jacques Jouet

Człowiek obnażony

Jacques Jouet, niezwykle płodny francuski twórca, nawiązuje w swej minipowieści z 2001 roku do koncepcji szlachetnego dzikusa, ale polemizuje z nią, podważa wiele tez, proponuje nową wykładnię i osadza dzikość w problemie poszukiwania nowych form dopasowania się do rzeczywistości. Na jednej ze stron stwierdza wyraźnie: „Człowiek jako gatunek jest w zasadzie spełniony”. Na tej samej stronie zadaje fundamentalne pytanie: „Co mógłbym dziś wydobyć z człowieka?”. Ano ciało. Skryte pod ubiorem, pod tą drugą skórą o boleśnie zarysowanych konturach, pod cywilizacyjną ogładą niosącą fałsz. Jouet chce naruszyć kilka podstawowych form, aby zadać pytanie nie tyle o relacje między ubraniem a nagością, co o kontekst, w jakim osłaniamy się strojem dla zachowania fasadowości świata, z której nie chcemy się wydobyć, aby spojrzeć na własne człowieczeństwo z innej perspektywy.
Otrzymujemy coś na kształt biografii alternatywnej Paula Gauguina. Nieprzypadkowo dobrany zostaje prekursor nowych trendów w malarstwie, który dodatkowo szaleńczo gonił po dalekim świecie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, jakie stawiała przed nim cywilizacja. Ta, co skrywa swe pęknięcia i ujawnia wówczas, gdy człowieka odziera się z tego, co ma na sobie i obnażając, pomaga się zwalczyć stygmat skóry – czegoś wstydliwego, bo ukazującego prawdę. Minipowieść  Joueta nosi znamiona powiastki filozoficznej, zdradzając wyborne poczucie humoru autora, który w trochę tragikomiczny sposób mówi nam o tym, że to, co mamy na sobie, może nam powiedzieć dużo więcej o nas samych niż moglibyśmy przypuszczać.
Metafora nagiego ciała służy tutaj do snucia opowieści o ograniczeniach, jakim idzie się na przekór i jakim nadaje nowe miano. Bohater tej historii kwestionuje formy i poszukuje nowych. Ubiór traktuje jak nową kategorię opisu świata. Podróżuje do miejsc, w których nagość nie jest niczym wstydliwym i utknie między innymi w sekcie Odartych, gubiąc narzędzia poznawcze do tego, by ukazać człowieka nagim w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Ludzka nagość inaczej bowiem wygląda pod różną szerokością geograficzną, ale także w różnym dyktacie kultury i wartości zmieniających się czasem równie szybko… co style w modzie.

To rzecz o pewnej formie eskapizmu. Jouet umieszcza swego bohatera z dala od wytycznych kultury, z jakiej się wywodzi i w oddaleniu każe mu spojrzeć na fasadowość francuskiej republiki – tego państwa przypominającego ciało w źle dobranym ubiorze, czyli ustroju.
 Można się uśmiechać, ale przede wszystkim warto wejść głębiej w tę prozę. Zajrzeć pod to, co kryje ubiór. Ocenić kondycję współczesnego człowieka, który buduje wokół siebie mur z przekonań o życiu w najdoskonalszym ze światów, który to świat może przebrać się, w co tylko chce. Filozofia Joueta odnosi się do tej formy ludzkiej egzystencji, która tworzy nam ograniczenia, nazywając je cywilizacyjnymi osiągnięciami. Badanie specyfiki ludzkiego stroju i eksperymenty z nim, jakim ochoczo oddaje się bohater, to próby ujrzenia problemu niepewnych wartości zamknięte w czymś, czego poszukuje on od początku i co na wstępie nazywa „inicjalną formułą fikcyjności”, by nakreślić ramy opowieści, jaka czeka spragnione wrażeń… czytelniczki. […]

czytaj dalej >>> 

POLITYKA – HITY 2014. Literatura – świat

Joe Brainard, „I remember”, przeł. Krzysztof Zabłocki, Lokator, Kraków 2014. Jedna z najbardziej inspirujących książek XX w. – uwiodła Georges’a Pereca i wielu innych twórców. A poza tym jest pięknym portretem Ameryki lat 50. i 60.

Paweł Jasnowski – Miesięcznik ZNAK – Georges Perec albo pisanie pod przymusem

Określenie Pereca po prostu jako „pisarza Szoa” przychodzi z oporem. Jest tak dlatego, że ambicją jego było „przedarcie się przez całą literaturę swoich czasów (…), napisanie tego wszystkiego, co człowiek może dziś napisać”; dzieło jego uchyla się więc przed łatwą definicją, ale równocześnie nieodparcie ją przywołuje: twórczość Pereca zostaje bowiem zbudowana wokół pustki, doświadczenia nieobecności i śmierci, której powodem jest właśnie Zagłada

Jerzemu Franczakowi

We Francji i w Polsce Georges’a Pereca postrzega się przede wszystkim przez pryzmat OuLiPo. Grupę założoną w roku 1960 przez Raymonda Queneau i matematyka François Le Lionnais, która włączyła do myślenia o literaturze matematyczno-logiczne rozwiązania, mające stymulować wyobraźnię i potencjał dzieła literackiego. Pisarz, dołączając do OuLiPo w roku 1967, stał się jego najbardziej emblematyczną postacią, najpierw publikując La disparition, napisaną bez samogłoski e, a znacznie później głośne Życie instrukcję obsługi, przetłumaczone na polski przez Wawrzyńca Brzozowskiego. Choć to Perec właśnie rozwinął technikę przymusu (écriture sous contrainte) do granic możliwości, to w przeciwieństwie np. do Queneau jego celem nie była tylko gra i uwalnianie pisarskiego potencjału. Narzucane ograniczenie to nie cel sam w sobie, ale szansa zmierzenia się z własną biografią. Pisanie nie stanowi dla niego po prostu zajęcia, ale miejsce schronienia („Pisanie mnie chroni”), nie czczą rozrywkę, ale szansę uwolnienia się od cierpienia. Rzeczywiście, jak zauważył Michał P. Markowski, „poświęcając się literaturze, [Perec] grał o największą stawkę”1.

Uwagach o tym, czego szukam Perec stwierdza, że każda rzecz, którą zapisuje, znajduje się zawsze w określonym „polu”, które za każdym razem generuje inną strategię pisarską i odmienne pytanie: socjologiczne i autobiograficzne, związane z namysłem nad codziennością i własną historią; albo pole ludyczne, w którym niepodzielnie rządzi przymus, a także powieściowe, gdzie Perec rozwija swoją dziecięcą pasję do opowieści i przygód2. Usytuowanie tekstu w którymś z pól będzie zawsze w pewien sposób arbitralne. Albowiem każde Perecowskie dzieło, „pracując” w określonym polu, nie daje się w nim całkowicie zamknąć. Każde jest np. na pewien sposób autobiograficzne, nawet jeśli tekstem rządzi przymus lub celem jest wyczerpanie miejsca; nawet jeśli świat powieści, którą czyta się z zapartym tchem, jest „tylko” światem fikcji, a prawda ukryta – pod powierzchnią słów.

W istocie całe dzieło Pereca naznaczone jest tą prawdą, podstawową nieobecnością i utratą – nawet jeśli to, co utracone, i to, co stało się powodem utraty, nie ujawnia się explicite i na długo zostaje ukryte i pominięte milczeniem. Oto, najkrócej mówiąc, paradoks, którym chciałbym się zająć. Przymus milczenia Długo skrywaną prawdę Perec określa jako „doświadczenie niemożliwego”, coś, czego nie da się wypowiedzieć, bo umiera w języku – czego nie sposób zrozumieć, bo znajduje się poza wszelkim rozumem. Dlatego doświadczenie to będzie się długo ujawniać za pomocą prywatnego szyfru i urojonej geometrii. W powieści La disparition prawda kryje się za literą, która – w ścisłym sensie – znika z języka powieści. Wypadnięcie e jest tam na podstawowym poziomie zniknięciem elementarnej samogłoski i odarciem języka z morfemu żeńskiego, a tym samym: niemożliwością wyrażenia i uobecnienia tego, co niezastąpione i najważniejsze: słów: mere, pere, je, georges, perec3 (matka, ojciec, ja, georges, perec). Ojciec i matka znikną w języku, bo ich „zniknięcie”, unicestwienie, śmierć nie daje się opowiedzieć. Samogłoska e, wymawiana tak samo jak francuskie eux (oni) znika, bo tylko w ten sposób Perec może oddać niewyrażalne.

(więcej…)

Jerzy Franczak – Tygodnik Powszechny – I remember

Joe Brainard (1941-1994), malarz i pisarz związany ze środowiskiem szkoły nowojorskiej, wynalazł formę rewolucyjną w swojej prostocie, dziś polecaną jako ćwiczenie przez podręczniki twórczego pisania. I Remember (1970 r.) to półtora tysiąca zapisków zaczynających się od „pamiętam” – magicznego zaklęcia wskrzeszającego przeszłość. Ale nie chodzi o to, że Brainard był pierwszy. Jego wspomnienia z dzieciństwa i młodości przynoszą malowniczy obraz Ameryki lat 50. i 60. XX  wieku, przedstawianej poprzez obłędną obfitość szczegółów: od mody i kuchni, przez gwiazdy popkultury, po wyliczanki i dowcipy. Co więcej, w odróżnieniu od późniejszego „Pamiętam że” Georges’a Pereca, Brainard nie stroni od akcentów osobistych i buduje sugestywny autoportret. Z kolażu wspomnień wyłania się postać dojrzewającego artysty i zyskującego samoświadomość geja. Brainard – jak pisze Paul Auster w przedmowie – uwodzi precyzją i finezją, łagodnością i dziecięcą ciekawością, oferując książkę, w której jest cząstka każdego z nas.
Jerzy Franczak „Książki w Tygodniku” 5-6/ 2014, „Tygodnik Powszechny” 28/2014

Aldona Kopkiewicz – Krytyka Polityczna – I remember

„Pamiętam, jak pewnego razu zakopałem kilka rzeczy w ziemi, myśląc, że kiedyś ktoś je odnajdzie i będzie to dla niego wielkie odkrycie, ale kilka dni później sam je odkopałem”.

„Pamiętam pierwszy raz, kiedy usłyszałem szmer wody w brzuchu (gdy biegłem) i pomyślałem, że być może to guz”.

„Pamiętam tęcze, które nie dorastały do moich oczekiwań”.

„Pamiętam te chwile, kiedy się nie wie, czy tak naprawdę jest się szczęśliwym czy smutnym (wilgotne oczy i radosne serce)”.

„Pamiętam, jak nie mogłem zrozumieć, dlaczego Kopciuszek po prostu nie spakował się i nie odszedł, skoro sprawy rzeczywiście miały się  a ż  t a k  źle”.

Wybrałam parę zdań z książki I Remember Joego Brainarda, by pokazać, o co w niej chodzi. Te właśnie, bo akurat wpadły mi w oko. Z takich zdań składa się cała ta książka, całkiem zresztą pokaźna. Jest jednym z niewielu dzieł literackich tego mniej znanego artysty z kręgu nowojorskiej awangardy lat 60. i 70. (wśród jego przyjaciół znajdowali się zwłaszcza ci wszyscy słynni poeci, z Frankiem O’Harą na czele). Pisząc I Remember, Brainard oparł się na zaskakująco prostym pomyśle: wymieniał po prostu poszczególne wspomnienia. Zrobił to w sposób całkowicie ujmujący, tak że swobodny stylu i rytm tego tekstu wciąż pozostaje zagadką. Książka stała się od razu przedmiotem admiracji różnych znanych autorów i dość szybko przeszła do legendy; wielu podejmowało się pisania analogicznych dzieł, jednak tekst Brainarda nic nie stracił na swej oryginalności.

I Remember to ćwiczenie pamięci, które bynajmniej nie zamienia się w suchą mnemotechnikę minionych zdarzeń, ale z każdym kolejnym zdaniem wciąga nas w dzieciństwo i młodość autora, i, co najdziwniejsze, w nasze własne też. Najdziwniejsze dlatego, że każde zdanie odsłania fragment najbardziej osobistej przeszłości pisarza – Brainard nie stara się być uniwersalny, nie interesuje go wiedza ani historia, ani nawet relacja między pamięcią jednostkową i wspólną. Pisze po prostu, co o sobie pamięta, a że najdłużej żyją w nas najintymniejsze ekstrawagancje naszych doznań – bziki, fanaberie i małe wariactwa – właśnie z nich tworzy ów rejestr poruszeń. Miłe, kłopotliwe, radosne, wstydliwe, śmieszne, bolesne, pogodne, ważkie czy lekkie – wszystkie razem, bez dzielenia na te dobre i złe.

Podczas czytania odczuwa się przede wszystkim ulgę, prawdopodobnie wywołaną odkryciem, że nie jesteśmy sami z osobliwością naszych doświadczeń i uczuć i że niezależnie od ich naiwności czy fantastyczności mają one swoją prostoduszną rację bytu, skoro pojedyncze wspomnienie: „Pamiętam, jak szukałem czterolistnej koniczyny, ale niezbyt długo”, znalazło w końcu właściwe miejsce w literaturze.

Cały urok tej książki polega na tym, że tworzy przestrzeń swobodnego przywoływania wspomnień, nie zamieniając ich w jedną historię.

Aldona Kopkiewicz > KRYTYKA POLITYCZNA >>> 

Paul Auster pamięta, że to arcydzieło – Łukasz Gazur – Dziennik Polski

Ten tekst mógł zaczynać się od słów: „Każdy uczeń polskiego liceum zna powieść Joego Brainarda, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku”. Mogłoby być też tak: „Na rynku polskim wyczerpał się wznowiony nakład powieści I remember, klasyki powieści eksperymentalnej – konieczny był kolejny dodruk”. Albo nawet tak: „Znów głośno o protestach środowisk prawicowych, które nie chcą na liście lektur szkolnych kontrowersyjnej powieści słynnego amerykańskiego pisarza”.
Ale jest tak. Dopiero teraz, w 2014 r., niemal 40 lat od pierwszego wydania, ukazuje się przekład słynnej amerykańskiej powieści po polsku – i to dzięki małej, niezależnej, krakowskiej oficynie Lokator. To autobiografia – powiem od razu. Ale specyficzna. Jest to rodzaj intymnego pamiętnika, może nawet spowiedzi?
(więcej…)